„Dziennik bulimiczki” – E. Zoller, B. Kolloch

30 czerwca

Sięgnęłam po książkę w ogromnym zapałem, bardzo lubię czytać o zaburzeniach odżywiania (w sumie to o wszelakich zaburzeniach). Jedzenie to przymus, nawyk, często uzależnienie. Niektórzy myślą, że tak prosto jest ot tak ograniczać przyjmowane pokarmy. Często popadamy w manię na punkcie jedzenia ze smutku, rozczarowania czy braku zajęć. Trzeba jednak zrozumieć, że nierzadko mamy do czynienia z uzależnieniem od jedzenia. Ono nas „rozumie”, nic nie chce, a jednocześnie tak cudownie smakuje. Wytwarzają się endorfiny, tak upragnione przez wszystkim ludzi hormony szczęścia. Koncentrowanie się na czekoladzie, chrupiących smakołykach czy fast foodzie (bo nie oszukujmy się, mało jest ludzi, którzy przejadają się płatkami owsianymi czy gotowanymi na parze brokułami) jest najprostsze, niczego od nas nie wymaga, no może poza środkami finansowymi. Ćwicznia fizyczne mogą zrobić to samo, jednak do tego potrzeba już wysiłku.

Tak więc nie trzeba było dużo, bym zabrała się za książeczkę (jest dość cienka). Poczytałam również trochę o niej w internecie. Tę fikcyjną historię miały spisać dwie kobiety, dość obeznane z tym zaburzeniem, jako że jedna mogłaby nie dość skrupulatnie oddać wszystkie aspekty bulimii. Hmm…no więc ciekawy motywu, wydaje się profesjonalne podejście do tematu i wszystko powinno być cudownie. Jednak niekoniecznie. Początek był jeszcze jako tako interesujący, ale to być może przez moje pozytywne nastawienie do tego utworu. Później niestety było coraz gorzej. Odkryłam kilka, lecz niewiele interesujących zabiegów, jak np. ciągłe powtarzanie słowa „żreć” i „rzygać”, na pierwszy rzut oka wydawać się to może przypadkowe, nieuważne powtórzenie, jednak naprawdę jest ono zdecydowanie celowe. W zasadzie to zaburzenie opiera się na tych dwóch słowach. W życiu kogoś takiego wszystko kręci się w kółko wokół tych czynności. Nieprzerwanie, jedzenie i wymiotowanie, nic więcej, najważniejsze jest by pozbyć się kalorii, jednocześnie zaspokajając własne żądze. W ten sposób można i jeść i schudnąć. Książka pokazuje również skutki takiego postępowania. Wypadające włosy, rozpadające się zęby (od kwasu zawartego w wymiocinach, kolokwialnie rzecz ujmując), skóra w bardzo złej kondycji, brak siły na cokolwiek, ogólne niezwykłe wymęczenie i przemęczenie organizmu.

Mimo tych wszystkich pozytywnych wartości opowiadania (przez to, że jest dość krótki i pisane w formie pamiętnika odważę się tak to nazwać) całość jest nieco monotonna, na dodatek niezbyt porywająco napisana. Zapewne to również był celowy zabieg, by przez formę oddać charakter i zachowanie czternastoletniej bohaterki. Niestety miałam ciągłe wrażenie, że to książka nie dla mnie, jedynie dla młodszych czytelniczek. Muszę się przyznać, że nie przeczytałam jej nawet do końca, niestety nie byłam w stanie, jej terapia i to, co się działo zanudziło mnie praktycznie na śmierć. Stwierdziłam, że nie ma sensu tego czytać. Jednak myślę, że w przedziale wiekowym 11-14 może mieć dosyć dobre opinie. Sądzę, że właśnie do czytelników w tym wieku jest kierowany ten utwór. Jeżeli tak, to raczej okej, jeżeli nie, to autorki poniosły porażkę. Nie mnie to jednak oceniać. Jeżeli jednak masz 15- i więcej, nie polecam zdecydowanie, jest niestety nudna i wydaje się kiepsko napisana. Może jednak ktoś z was ma inne zdanie na ten temat :D

Zajrzyj również tu

0 komentarzy

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obserwuj przez e-mail