„Przeklęty dom” i „Bal umarłych dziewczyn” – Rachel Caine

30 czerwca



15,16/2016

Tytuł oryginalny:„Glass Houses”, „The dead girl’s dance”
Wydawnictwo: Amber
Cykl: Wampiry z Morganville (tom 1 i 2)
Kategoria: fantastyka/fantasy/science fiction
Liczba stron: 264/264
Cena okładkowa: 27,80/ 27,80 zł

No i kolejna seria o wampirach. Tym razem na tapecie „Wampiry z Morganville”, bardzo popularny cykl, a jego pierwsza część wydana została w roku 2009, czyli przy okazji wielkiego krwiopijczego boomu.
O dziwo o tej serii nie słyszałam zbyt wiele. Kupiłam jednak na jakiejś ogromnej promocji od razu dwa pierwsze tomy. Wydane trochę dziwnie, bo w dwóch wersjach. Można nabyć te części w postaci jednej książki lub oddzielnie, jak zostało to przedstawione na zdjęciu u góry.

Zaskoczona byłam bardzo dobrą średnią ocen na lubimyczytać (mam nadzieję, że nie oskarży się mnie tutaj o jakąś kryptoreklamę, po prostu jest to chyba największy portal z opiniami o książkach, który jest ogromną kopalnią wiedzy na ich temat), mianowicie prawie 7,4 i sporo ocen. Mówię: no będzie szał.
Byłam o tym przekonana aż do…rozpoczęcia czytania.

Niestety od czasu nieszczęsnego Grey’a, pisanego z jego perspektywy nie miałam w rękach nic tak słabego. Może nie było to jakąś grafomanią, pisane hmmm…w porządku, chyba tylko tyle mogę powiedzieć na ten temat. Czasem jednak styl autorki bardzo mnie denerwował, głównie ze względu na liczne trzykropki, które pojawiały się często praktycznie co drugie zdanie i to w miejscach, w których one absolutnie niepasowały. Niby miały kreaować atmosferę napięcia a czyniły dany fragment jakimś takim patetycznym i żenującym jednocześnie.

Pomysł był dosyć dobry, tego nie można odmówić, nareszcie ktoś odszedł od tak utartej konwencji człowieka zakochującego się w wampirze. Tutaj wysysacze są przerażającymi istotami, przed którymi trzeba zmiatać, gdzie pieprz rośnie. Panują nad miastem a ludzie są swoistymi niewolnikami.

Claire, główna bohaterka (czy naprawdę bohaterki młodzieżówek nie mogą być starsze niż 16-17 lat?), jest hiper geniuszem i zaczyna studia dwa lata wcześniej niż jej rówieśnicy. No właśnie. W książce ciągle jest podkreślana bystrość Claire i intelekt, i ochy, i achy generalnie, a tak naprawdę wydawała mi się dość…tępa. Jakiegokolwiek przejawu kreatywności czy sprytu szukałam przez całą powieść, no i się niestety zawiodłam. Przez pięćset stron musiałam użerać się z lekko przygłupawą bohaterką, rzucającą się w ramiona śmierci, by pomóc swoim przyjaciołom. Mogłabym oczywiście to zrozumieć, gdyby wcześniej ułożyła sobie jakiś plan, czy cokolwiek, a ona ślepo biegła do żądnych zemsty wampirów, żeby z nimi porozmawiać, a na dobrą sprawę nawet nie wiedziała o czym. No szczyt głupoty po prostu.

Bohaterowie generalnie byli jacyś tacy, nie wiem jak to ładnie ująć, do głowy przychodzi mi tylko pojęcie: „rozlaźli” (aż musiałam sprawdzić czy istnieje takie słowo, ale tak!). Jedynie Eve była jakimś promyczkiem nadziei, że wreszcie natrafiłam podczas tej nudnej lektury na kogoś z charakterem. Oczywiście później autorka zrzuciła ją na dalszy plan i tyle było z nadziei. Podczas gdy historia jej molestowanego przez wampira brata mogła być naprawdę świetna, ale oczywiście jak zwykle, żarło, żarło i zdechło.

W książce jest dość dużo bohaterów i niby dzieje się dużo, ale autorka według mnie nie ma daru opowiadania, ponieważ opis jakiejś sytuacji, w której nic się nie działo, albo rozmowy z której nic nie wynikało przeciągał się w nieskończoność, podczas gdy w końcu został podjęty ciekawy wątek, to został opisany na pół strony i koniec. Irytował mnie też fakt, że problemy, które bohaterowie przez 50 stron próbowali rozwiązać zostały rozstrzygnięte w dwóch zdaniach i w zasadzie ciężko było zrozumieć jakim cudem się to stało.

Naprawdę dobry pomysł z przedstawieniem ducha. Nie będę tu mówić co i jak, bo jeżeli nie czytaliście, a będziecie chcieli, to zepsuję wam ten jeden z nielicznych interesujących wątków.

Generalnie przez całość…przebrnęłam. Jeden plus, że nie czytało się opornie, gładko raczej przez nią przeleciałam, ale podejrzewam, że za tydzień juz nic nie będę z nich pamiętać. Dzięki Bogu, że mózg wyrzuca z naszej głowy wszystko, co jest nam zbędne, bo niestety te książki takie są, przynajmniej dla mnie.
Muszę jednak przyznać, że pierwsza część była zdecydowanie lepsza. Szkoda, że muszę tak skrytykować, ale spodziewałam się po prostu szału a dostałam jedno wielkie nic. Denerwują mnie takie książki przeciętne jak programy wyborcze, kiedy po coś sięgam, chcę żeby było „jakieś”.

Ogólna ocena: „Przeklęty dom” (Boże, ten przekład)- 4,5/10
„Bal umarłych dziewczyn”- 3/10

Zajrzyj również tu

0 komentarzy

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obserwuj przez e-mail